Polska to raj demokracji. Odkryłem to po ostatnich wyborach!

Demokratyczną reprezentację w Sejmie ma każdy obywatel polskiego społeczeństwa.
 
Geje, transseksualiści, komuniści, postkomuniści, liberałowie, byli i aktualni przestępcy, sekciarze, fanatycy, ateiści, byli księża, agnostycy, feministki, sportowcy, Niemcy, czarnoskórzy, agenci tajnych służb, michnikowcy, tefałenowcy, rydzykowcy, Żydzi, tak przynajmniej twierdzą nacjonaliści (też obecni), monarchiści, wolnomyślący wolnomularze (ponoć też, tak przynajmniej twierdzą poprzedni), no niemal wszyscy posiadają swoją reprezentację w polskim parlamencie.
 
To prawdziwy przekrój Polski. Chwała Ci demokracjo!
 
Tylko jest jedno ale…
 
W tej wyliczance mimo wszystko trudno mi się odnaleźć. Nagle się okazało, że ja nie mam swoich przedstawicieli, nawet jednego!
 
I po tym szczerym skonstatowaniu człowiek się tak jakoś sam wyobcowuje, już nie tylko od polskich polityków, ale też od polskiego społeczeństwa. W sposób naturalny.
 
No bo jak, każdy ma, a ja nie?, chwyta człowieka zawiść, polska, ciemna zawiść.
 
Najpierw dochodzi do autoostracyzmu, a potem pozostaje już tylko emigracja… człowiek czuje się jakoś sztucznie, nie może się w tej polskiej demokracji odnaleźć.
 
W gruncie rzeczy ciekawe zjawisko.
 
Jest też tego duży pozytyw, można poczuć się wyjątkowo.
 
Nigdy nie opuściłem żadnego głosowania, a tu proszę, po ostatnim, okazuje się, że dla takich osobliwości, indywiduów, jak ja, nie ma przestrzeni.
 
I czy to ja jestem odludkiem i dziwakiem, czy też unoszę się ponad horyzonty i możliwości polskich proli…?
 
Trudno rozstrzygnąć.